Od Kuchni

czyli co kręci i podnieca Joannę, nowoczesną kurę domową z tradycjami!


W rolach głównych: Ona, On i Pies, czyli kilka słów o mnie i o najbliższych memu sercu. Ona – Joanna Dżej Dżej Lutoborska, z zawodu księgowa po Politechnice Warszawskiej, miłośniczka rock’n’rolla i pin-upu, nowoczesna kura domowa, dbająca o podniebienie męża (i swoje :-)). On – Panicz Maciej Lutoborski, z wykształcenia prawnik po Uniwersytecie Warszawskim, pasjonat motoryzacji, główny tester kulinarnych eksperymentów żony. Oboje wielbiciele dobrego jedzenia i psów, stąd w roli głównej także pies Mr. Muffin – rasa Coton de Tulear, najbardziej uroczy pies na świecie, z wielkimi ślepiami jak oczy kota ze Shrek’a, nieodłączny element naszego gospodarstwa domowego, żarty niesamowicie, więc idealnie wpisuje się w całą rodzinę Lutoborskich.

 

Nasze małe przyjemności

A teraz do sedna. Ja Joanna, przeeeeuwielbiam jeść (przyznaję bez bicia) !!! To fakt niepodważalny i wszyscy którzy mnie znają o tym wiedzą, a Ci którzy nie znają, wkrótce się dowiedzą :-). Na dowód tego przytoczę słowa mojego męża, niejakiego Panicza Macieja: „Joasia jest wiecznie głodna – je jak mały uchodźca”. I niestety chcąc czy nie chcąc muszę przyznać mu rację. Świadomość stałego i niczym nieograniczonego dostępu do jedzenia to podstawa, bez której czuję się nieswojo, dlatego też nasza lodówka zawsze jest pełna :-) Korzysta na tym również Maciek, gdyż to ja gotuję, a mąż smakuje i morda mu się cieszy :-) Ja również szczerzę się od ucha do ucha, bo wiem, że w ten sposób dostarczam rozkoszy dla ciała i ducha, zarówno mojego, jak i moich bliskich. W mojej kuchni zawsze znajdzie się coś pysznego, bo dzień choćby bez drobnej rozkoszy na języku, uważam za dzień stracony. A przecież o to właśnie chodzi, aby życie składało się z małych przyjemności, które dają nam tak wiele szczęścia :-)

 

Prezent na 30-te urodziny

Kontynuując wątek, na 30-te urodziny postanowiłam zorganizować najlepszy dla mnie prezent w postaci osobistego bloga kulinarnego. Długie miesiące zastanawiałam się nad tym pomysłem, bo stworzenie dobrego i interesującego dla czytelnika bloga wymaga wiele czasu, dopracowanych przepisów i dbałości o szczegóły. Głównym motywatorem był mój mąż, to on namawiał mnie do tego projektu, stale powtarzając: „kochasz jeść, świetnie gotujesz – pokaż jak to się robi”. Nie powiem, przygotowania trwały kilka miesięcy – począwszy od urządzenia kuchni (więcej na ten temat w zakładce „Moje Królestwo”), codziennego testowania coraz to nowych potraw (i tu chapeau bas za cenne uwagi dla koleżanek z pracy – wraz z mężem głównych moich testerów), dopracowywaniu przepisów, sesji zdjęciowej, a skończywszy na projekcie strony i loga. Pragnę zaznaczyć, że recenzentem wszystkich przepisów jest mój teść Michał – przeuroczy facet, ale kompletna noga, jeżeli mówimy o gotowaniu – jeżeli on jest w stanie ugotować coś z mojego przepisu, to znaczy, że potrafi to zrobić każdy :-)). Tak więc dobra wiadomość dla tych, którzy z gotowaniem są jeszcze w żłobku – zrobił to Michaś zrobisz i Ty :-).

 

Eat tasty! Feel good! Be happy!

I tak oto na świat przyszedł blog kulinarny „Jajko i Boczek” – moja własna kuchnia rozmaitości, bogactwo smaków i zapachów w pięknej formie, a to wszystko przy zastosowaniu tajników nowoczesnej kuchni w połączeniu z domowymi, babcinymi przysmakami. Moją miłość do jedzenia staram się łączyć z dobrym wyglądem, szukam coraz to nowych przepisów i eksperymentuję w moim kulinarnym królestwie, aby znaleźć złoty środek między tym co smaczne i tym co zdrowe (czasem mi to wychodzi, czasem nie, ale tak czy siak mam z tego niesamowity fun). Staram się być świadomym konsumentem, czyli takim, który wie co ma na talerzu i racjonalnie podchodzi do tematu odżywiania. Co przez to rozumiem? Otóż racjonalne odżywianie to dla mnie regularne posiłki, bogate we wszystkie wartości odżywcze, z uwzględnieniem w miarę możliwości indeksu glikemicznego, zwracanie uwagi na pochodzenie i stopień przetworzenia żywności oraz stosowanie zdrowszych zamienników znanych nam dotąd produktów. Bardzo często, robiąc zakupy, czytam skład na etykietach, otwieram wtedy szeroko oczy ze zdziwienia, krzyczę do męża z drugiego końca supermarketu „wiesz jaki szajs tu znalazłam?” i od razu zastanawiam się jak to mogę zrobić w wersji home made (sprawdźcie sami np. skład tortilli, można po niej świecić w ciemnościach, a przecież jest tak prosta do zrobienia). Oczywiście pamiętajmy o tym, aby nie dać się zwariować i nie dopuścić do sytuacji, kiedy, aby ubić masło trzymamy krowę za oknem (a mało brakowało, abyśmy mieli małą stodołę w ogrodzie :-)) Nie myślcie, że jestem guru dietetyki, co to, to nie, po prostu lubię dbać o swoje ciało i może odrobinę górnolotnie to zabrzmi, ale ciało jest dla mnie jak świątynia, która do prawidłowego funkcjonowania i harmonijnego rozwoju potrzebuje odpowiedniego traktowania. w myśl 3-ech podstawowych zasad: Eat tasty! Feel good! Be happy! Podpisuję się pod tym całym sercem, a raczej żołądkiem :-).

 

Asia mały niejadek

Jednym słowem dobra kuchnia to moja namiętność każdego dnia. I mam nadzieję, że zawsze już tak będzie. Ale początki były nie tyle trudne, co wręcz spędzały sen z powiek moich rodziców i dziadków. Teraz trudno w to uwierzyć, ale jako dziecko byłam strasznym niejadkiem, choć rodzice stawali na głowie, aby dogodzić swojemu maleństwu :-) Futrowałam jedynie jajka z kawiorem. Połączenie zaskakujące dla dziecka, aczkolwiek jak najbardziej prawdziwe. Jajka pochłaniałam z prawdziwej miłości do jajek, a kawior z miłości do Taty, który to kawior wprost ubóstwiał i zwoził go do domu tonami, niczym rolnik kartofle z pola (do tej pory nie mam bladego pojęcia, gdzie Tata kupował ten kawior – przecież na półkach był sam groszek i ocet???). Ową miłość do jajek przypłaciłam salmonellą, ale pomimo to miłość ta kwitnie nadal, ba! obecnie przeżywa istny renesans (tyle tylko, że pamiętam, aby sparzyć skorupkę jajka przed każdym spożyciem :-)). Nie ma na świecie doskonalszej formy, bogatszej w wartości odżywcze niż jajko! Ale nie samym jajkiem człowiek żyje. Z biegiem lat, ku uciesze rodziców z niejadka wyrósł mały smakosz. I tak rosłam, rosłam, ale za nic na świecie nie tykałam np. sushi i owoców morza. Do czasu, kiedy poznałam męża Macieja. To Maciek właśnie po raz pierwszy zabrał mnie do jednego z warszawskich barów sushi. Z nim też po raz pierwszy próbowałam kalmary w Chorwacji. Od tego czasu moje życie stało się piękniejsze, bogatsze o nowe doznania. Może dlatego został moim mężem? :-) Jak to mówią, przez żołądek do serca. Suma summarum w trakcie naszej podróży poślubnej do Japonii, jarałam się niczym tęcza na Placu Zbawiciela, mogąc doświadczyć niezapomnianych przeżyć kulinarnych i jeść sushi na śniadanie, obiad i kolację i to z takimi owocami morza, jakie nie śniły się filozofom. Teraz kuchnia śródziemnomorska i dalekowschodnia uchyliły przede mną rąbek tajemnicy :-) Już wiem, że dobra roleczka, krewetki w tempurce czy mule w winnym sosie to prawdziwe rarytasy :-). Ubóstwiam to przyjemne podniecenie, które pojawia się tuż przed spróbowaniem i trwa jeszcze długo długo potem. Aż mi ślinka cieknie, jak o tym piszę :-)

 

Co ze mnie za kucharka? :-)

No tak, ale smakowanie to jedno, a gotowanie to drugie. I tu kolejne wyznanie. Zanim poznałam mojego męża nie gotowałam nic a nic. Absolutnie nie miałam zielonego pojęcia (ani jakiegokolwiek innego koloru) o gotowaniu. Co prawda lubiłam patrzeć jak mama pichci w kuchni i wyczarowuje różne cuda, ale nie śmiałam nawet chwycić na łychę. Ba! Zapierałam się rękoma i nogami, że w życiu nie będę gotować. No fucking way! (Tato wypomina mi to po dziś dzień :-). Teściowa martwiła się: kto będzie karmił jej syneczka?, ale całe szczęście siedziała cicho i Bóg jej za to zapłać :-) Losy potoczyły się jednak inaczej. Gdy wyprowadziłam się od rodziców, gotował mąż, ale że jest coś we mnie z Zosi Samosi, małym kroczkiem coś tam po cichutku zaczęłam kombinować – a jak mi wyszło, no to radość była przeogromna. A teraz? Z kokonu wyleciał piękny motyl. Aż serce rośnie :-). Trudno mi uwierzyć w to, że kiedyś ogarniała mnie taka kulinarna niemoc. Jak widać na moim przykładzie każdy może stać się kulinarnym czarodziejem :-)

 

Zapraszam zatem do mojego Kulinarnego Królestwa, gdzie jedzenie jest niesamowitą frajdą i pozwala delektować się nie tylko smakiem, ale również zapachem, kolorem i piękną formą. Oby i dla Was, tak, jak dla mnie codzienny posiłek stał się codzienną namiętnością, będącą zarazem inspiracją do dalszych poszukiwań.

Smacznego życzę Wam z całego serca!!!

Joanna Dżej Dżej Lutoborska

serce

DSC_3351

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress